środa, 31 lipca 2024

Nikos Kazantzakis, Ostatnie kuszenie Chrystusa, Poznań 1992

W przedmowie Kazantzakis napisał, że interesował go Jezus jako człowiek. Mamy w powieści ciekawie nakreśloną postać Mateusza, który podążając za Jezusem spisuje każde jego słowo, ale ostatecznie historię upiększa, prowadzony - jak twierdzi - przez anioła.

Kazantzakis chce więc być przeciwieństwem ewangelisty i oddać czytelnikom historię człowieka pełnego pokus, dość słabego, który jednak odnajduje w sobie tyle siły, by doprowadzić do końca misję, którą powierzył mu Bóg. 

W istocie nie jest Kazantzakisowy Jezus postacią pomnikową: trwożliwy, kolaborujący z Rzymianami, pogardzany przez ziomków, epileptyk, zakochany beznadziejnie w Marii Magdalenie i niepotrafiący tego uczucia urzeczywistnić w ludzki sposób. Aż dziw, że z takimi cechami przeistacza się w Rabbiego pociągającego za sobą tłumy. 

Wydaje się, że historia opowiedziana w czterech ewangeliach jest atrakcyjniejsza. Może gdyby autor znał aktualne dokonania badaczy z zakresu chrystologii prowadzonych metodą historyczno-krytyczną (np. uniwersum pierwszych chrześcijan wg Tomasza Polaka) wyszłoby coś ciekawszego. Tu niektóre rozwiązania (np. to ze św. Mateuszem) są wręcz śmieszne.

Można było również liczyć na jakiś bardziej kontrowersyjny obraz cieśli z Nazaretu. Autor nie wykroczył jednak poza chrześcijański kanon, pomimo że zarzucano mu herezje, a film Scorsese na motywach powieści nigdy nie wszedł na ekrany kin w Polsce. 

**********

Wynotowane cytaty:

*

- Miłość nie jest bezbronna - odrzekł Jezus, przyglądając sie zimnym, niebieskim oczom centuriona, jego gładko wygolonym policzkom i grubym dłoniom o krótkich palcach. - Miłość też wojuje i zwycięża. 

- Wtedy to już nie jest miłość – odpowiedział centurion. [s. 344]

*

Życie na ziemi to utrata skrzydeł. [s. 446] 



poniedziałek, 29 lipca 2024

Świdnica 27-28 lipca 2024

Cel wycieczki to festiwal bachowski. Ale przed koncertami zdążyliśmy zwiedzić pobieżnie miasto, tj. katedrę, która pięknie łączy gotycką monumentalność z barokowym przepychem. Potem spacer wokół Kościoła Pokoju i obiad w 7 Niebie, a przy sąsiednim stoliku sam Ian Bostridge. 

-Are you a musician?

-Yes.

-So you have a discount.

Dla nas zniżki nie było. Dobra przystawka ze śledzi, taka sobie pomidorowa na słodko i pieczony camembert z frytkami i ohydnym coleslaw. Obsługa chaotyczna.

Udał nam się za to hotel - Karczma Zagłoba. Niby w starym stylu, ale ze smakiem i dość luksusowa. Dobre śniadanie serwowali. Pycha smalczyk z ogórami i niezłe naleśniki z serem.

Wróćmy do festiwalu

AKADEMIA BACHOWSKA
KANTATY 154 & 59
Kościół Pokoju 18:00
1h
Johann Sebastian Bach: kantata Mein liebster Jesus ist verloren BWV 154
Johann Sebastian Bach: Koncert klawesynowy d-moll BWV 1052
Allegro – Adagio – Allegro
Johann Sebastian Bach: kantata Wer mich liebet,
der wird mein Wort halten BWV 59*
AKADEMIA BACHOWSKA
Antonina Ruda sopran
Ewa Zeuner alt
Jonas Finger tenor
Sebastian Szumski bas
Gilles Vanssons obój
Tomasz Wesołowski fagot
Marian Magiera Paweł Gajewski trąbka
Tomasz Sobaniec kotły
Agnieszka Świątkowska Seojin Kim skrzypce
Natalia Reichert altówka
Monika Hartmann wiolonczela
Anna Bator kontrabas
Marcin Świątkiewicz klawesyn/kierownictwo muzyczne

Bardzo dobry klawesyn, ale smyczki pozostawiły niedosyt. Wykonanie zapewne wierne historycznie, ale bez nerwu. Co mnie zaskoczyło, druga część koncertu klawesynowego była z towarzyszeniem wokalistów.

IAN BOSTRIDGE
SASKIA GIORGINI

SCHUBERT BEETHOVEN
Kościół Pokoju 20:00
35’+15’ przerwa+35’
Franz Schubert: Schwanengesang | Łabędzi śpiew

W sumie zawód, ale też zbyt wiele nie oczekiwałem po ostatniej pasji z udziałem Bostridge'a, kiedy to widać było wyraźnie, że jego głos stracił wiele z dawnego blasku. Płasko i siłowo brzmi zwłaszcza górny rejestr, tam, gdzie Bostridge potrafił wycyzelować niegdyś brzmienie pomiędzy falsetowym niemal piano a miękkim czołowym rejestrem. 

Robił wrażenie bardzo zblazowanego. Takie okoliczności: Kościół Pokoju, zapadający zmrok, cisza - idealne warunki do muzycznej magii, która nie zaistniała. Nie było w tym radości ze śpiewu i obcowania z publicznością. Był zimny profesjonalizm, miejscami jednak monotonnie używający zgranych środków wyrazu. 

Owszem były momenty. Wykonanie "In der Ferne" wręcz wstrząsające i wokalnie wybitne - te długie wytrzymane dźwięki! Po powrocie odtworzyłem sobie jednak nagranie z Pappano (sprzed 15 lat) i różnica była widoczna. Próbowałem porównywać z innymi - Padmorem, Fischer-Dieskauem i Pregardienem. I to Bostridge był niedościgniony. Szkoda, że w czasie przeszłym.

W niedzielę byliśmy na nabożeństwie luterańskim wzbogaconym kantatą.

Johann Sebastian Bach: kantata Wer mich liebet,
der wird mein Wort halten BWV 59
AKADEMIA BACHOWSKA
Antonina Ruda sopran
Ewa Zeuner alt
Jonas Finger tenor
Sebastian Szumski bas
Tomasz Wesołowski fagot
Marian Magiera Paweł Gajewski trąbka
Tomasz Sobaniec kotły
Agnieszka Świątkowska Seojin Kim skrzypce
Natalia Reichert altówka
Monika Hartmann wiolonczela
Anna Bator kontrabas
Marcin Świątkiewicz klawesyn/kierownictwo muzyczne

(uwagi do kantaty podobne do odbioru z dnia poprzedniego). 

Po kantacie jak przystało na bachowską tradycję kazanie pastora Pawła Mellera. Intelektualne z odwołaniami do samego Bacha, ale i Victora Hugo. Zachęcał pastor do szerszego spojrzenia na świat, nie tylko przez pryzmat własnego "ja". Wszyscyśmy proch i równi (a może to z lektur? - aktualnie czytane "Ostatnie kuszenie Chrystusa"), jeśli o tym będziemy pamiętać i nie będziemy kierować się tylko egoistycznymi potrzebami, świat może być piękniejszy.

Ogólnie wzruszające nabożeństwo z jakże odmienną od rozpolitykowanych i intelektualnie płaskich nabożeństw i kazań w katolickich parafiach. A i sam duchowny przygotowany niezwykle do pełnionej funkcji od znakomitej retoryki poprzez emisję głosu, intonację itd.

poniedziałek, 22 lipca 2024

Magda Szabo, Zamknięte drzwi, Warszawa 1993

To jest lektura niemal wstrząsająca. Za tytułowymi zamkniętymi drzwiami zamknięte jest co najmniej dwieście lat historii, ale o tym, co naprawdę skrywa niedostępny dla nikogo pokój Emerenc, czytelnik dowie się na samym końcu książki. Magda Szabo odsłania tajemnice starej służącej po kawałeczku, w takim tempie na jaki pozwala na to sama Emerenc. 

Postać dozorczyni - służącej fascynuje zarówno silną osobowością, jak i całą masą dziwactw. Mnie oczywiście przywodzi na myśl tak podobną do niej ciocię Marysię. Jak ciocia w ogrodzie, tak Emerenc w swoim nigdy nie otwieranym mieszkaniu zamknęła przeszłość. Stworzywszy swój mikroświat mogła doskonale ignorować teraźniejszość, choć przecież w tej teraźniejszości była zatopiona. 

Nakreśliwszy osobliwy świat Szabo udaje się wciągnąć czytelnika. To powoduje, że trudno się od tej książki oderwać. I kiedy jesteśmy ju w tej fabule zatopieni, pisarka zmusza nas do przeżycia czegoś, co trudne byłoby zapewne do przejścia, gdybyśmy nie zżyli się z Emerenc - do historii jej niełatwego, dramatycznego wręcz odchodzenia. 

O czym jest ta książka? O tym, jak trudno jest poznać drugą osobę, jak łatwo oceniać po pozorach, jak niełatwo otworzyć się przed kimś naprawdę. Filozofia Emerenc jest prosta: pomagać słabszemu. Niezależnie czy to uciekający przed nazistami Żyd, niemiecki czy radziecki ranny żołnierz, porzucone koty, chora sąsiadka... Jest to też rzecz o wstydzie. Emerenc nie jest w stanie znieść świadomości, że inni widzą ją w chwili słabości. Rzecz o zderzeniu dwóch odległych światów: Emerenc i Magda są z innych planet, a mimo to dzięki gotowości jednej i drugiej, widzialnym kompromisom wewnętrznym Magdy i niewidzialnym, ale oczywistym kompromisom Emerenc mogą się do siebie zbliżyć. Ich świty mogą się przeniknąć. Można by wywieść z tej książki naukę, że warto otworzyć się na drugą osobę, choć będzie to zapewne doświadczenie bolesne, bowiem tylko bliskie osoby są w stanie nas zranić i nieuchronnie ranią nas.

Zakończenie jest bardzo metaforyczne. Pisarka Magda dziedziczy zawartość tajemniczego pokoju. Zanim jednak Emerenc odejdzie, jej spadkobierczyni łamie wyznaczone przez staruszkę zasady. Trudno ich nie złamać stając przed wyborem niemal jak z antycznego dramatu: pozwolić Emerenc umierać w straszliwych warunkach albo w dobrej wierze naruszyć wyznaczone przez staruszkę granice. Decyzja zapada. Musi jednak nastąpić symboliczna kara - dziedzictwo ukryte w pokoju rozpada się w proch.

Wspaniała powieść.

środa, 17 lipca 2024

Kathryn Harrison, Focza Dama, Poznań 2003

Egzotyka: surowy klimat Alaski i nietypowy związek Amerykanina z rdzenną kobietą to z pewnością powody, które powinny zainteresować ewentualnych czytelników. Dają również pole do popisu pisarzowi. Niestety takie atuty w rękach K. Harrison nie przyniosły oszałamiającego efektu. Świat przedstawiony jest w zasadzie tylko tłem dla historyjki o meteorologu Bigelowie, w której autorka skupia się przede wszystkim na obsesjach seksualnych młodego człowieka. Troszkę miejsca poświęca też jego pasji naukowej i na tym koniec. 

Nawet owe obsesje potraktowane są bardzo powierzchownie. Nie potrafi też Harrison opowiadać tak, by uruchomić wyobraźnię czytelnika. Czasem trudno mi nadążyć za narracją, zobrazować sobie akcję powieści. Trudno było mi np. wyobrazić sobie latawiec Bigelowa i jego sposób uruchamiania, co było kluczowe w epizodzie z zerwaniem się linki latawca z utrzymującego ją wału (?). 

Wielu rzeczy trzeba się domyślać, bo nie są dość jasno wytłumaczone. Trudno zrozumieć powody wygnania sklepikarza Getza i jego córki Miriam - jąkały. Wszak nie uszkodzenie latawca przez Miriam było tego powodem.

Gdyby ta książka była grubsza, z pewnością miałbym problemy z dobrnięciem do końca.

Ocena: 4

niedziela, 14 lipca 2024

Zośka Papużanka, Kąkol, Warszawa 2021

Wciąga od pierwszych linijek bogatym językiem i kolorowymi skojarzeniami. Opowiadana z perspektywy dwunastolatki, a więc skupiona na rzeczach ważnych dla człowieka w takim wieku: owadach, kwiatach, ale też członkach rodziny i najbliższego otoczenia. Nawet jeśli to otoczenie rodzinno-sąsiedzkie jest mniej przyjazne niż świat roślin i zwierząt. 

Myślę, że książka Papużanki może być głosem pokolenia urodzonych w ostatnich dekadach PRL-u. Wielu z nas ma zapewne doświadczenie z takich wakacji na wsi w towarzystwie dorosłych, którzy na nic nie pozwalają i uważają generalnie ludzi w wieku dziecięcym za kłopot (znamienne, że żaden z dziecięcych bohaterów, w odróżnieniu od dorosłych, nie ma imienia. Nie znamy imienia narratorki, jej rodzeństwo to Trutnie, a kuzyn Dziubasek). Czuję zatem wiele empatii dla narratorki, która stara się lawirować w świecie zaludnionym przez wielce antypatycznych ludzi, na których tle tylko trochę sympatyczniejsze wydają się dwie postaci: matka, choć i ona potrafi wymierzyć policzek oraz - z innych zupełnie powodów - ciotka Aurelia (rzucająca wulgaryzmami bezpośrednia kobieta, która - jak się okazuje w toku narracji - ma przeszłość AK-owską). 

Być może jest to jakaś próba przepracowania dzieciństwa. Wydaje się, że jest to też rozprawa z modelem wychowawczym, który będąc dawniej mainstreamowym, przeszedł aktualnie - i na całe szczęście - do niszy.

Uwaga dotycząca kompozycji utworu. Wydaje się, że ma on dwie kulminacje. Obie związane z buntem matki wobec panującego w w letnim domu drylu. Pierwsza to rozwalenie kopki z sianem i ostentacyjne pakowanie walizek, po którym nie następuje jednak wyjazd. Druga to spalenie starego dywanu bez zgody dziadka. Moim zdaniem wyrazistsza, silniejsza byłaby narracja z jedną kulminacją, po której nastąpiłoby jakieś rozwiązanie. Tego jednak nie ma, bo być może w życiu najczęściej nie ma żadnych kulminacji, a my dostosowujemy się co i rusz do niewygód, także tych psychicznych. Więc może prawda wygrywa z atrakcyjnością formalną. Dla mnie jednak zakończenie książki trochę się rozłazi, choć całość ocenić trzeba jako prozę wybitną.

piątek, 12 lipca 2024

2024-07-10 Jacek Dehnel, Lala

Wiadomo, jak bardzo irytują mnie wszelkie pretensje do "herbowości", poszukiwanie szlacheckich korzeni, apologia ziemiaństwa itd. itp. Mówię sobie jednak: nie zamykaj się w bańce, czytaj krytycznie. 

Warto było tę książkę przeczytać, bo Dehnel dobrze włada piórem. Cudnie snuje babcine opowieści, których wszakże atrakcyjność spada, im bardziej zbliżamy się do naszych czasów. Tytułowa Lala, Helena Bieniecka jest postacią nietuzinkową, jednoznacznie w tej narracji bohaterską i pozytywną. Jako szlachcianka przejawia jednak głęboki szacunek do chłopstwa i niekoniecznie duże przywiązanie do ziemiańskiego pochodzenia.

Najmniej ciekawe momenty to wtrącenia odautorskie, niekiedy skrajnie egzaltowane. Wprowadzane postaci przyjaciół narratora, które jakoby pomagają popychać narrację do przodu, jednak w rzeczywistości nic nie wnoszą, a odnosi się wrażenie, że Dehnel wstawił je tam specjalnie ku uciesze tychże przyjaciół. 

A więc trącąca manierą, ale jednak solidna, dobra warsztatowo proza, bez udziwnień frazeologicznych tudzież eksperymentów narracyjnych. 

Oceniłem na 5

2024-06-28 Kurt Vonnegur, Rzeźnia numer pięć

 Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć, Poznań 2018 [wyd. Zysk i S-ka]

I żonie Lota oczywiście zapowiedziano, że ma się nie oglądać tam, gdzie zostali wszyscy ci ludzie i ich domy. Ona jednak obejrzała się i za to ją kocham, bo to było tak bardzo ludzkie. [s. 30]

Ja jestem Tralfamadorczykiem i patrzę na czas tak, jak wy moglibyście patrzeć na łańcuch Gór Skalistych. Czas to jest czas i nie ulega zmianie. Żadne ostrzeżenia ani wyjaśnienia nie mają wpływu na czas. On po prostu jest. Jeśli przyjrzy się pan poszczególnym chwilom, to przekona się pan, że - jak już wspomniałem - wszyscy jesteśmy owadami w bursztynie. [s. 100]

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...