sobota, 27 kwietnia 2024

2024-04-27 Konin - Zagórów - Słupca

Rano jeszcze chłodno. Długim nowym mostem w Koninie jedziemy do Posoki, skręcamy na Zagórów. W Posoce zakupy - coś na śniadanie. Zjeżdżamy z główniejszej szosy na Rumin. Mijamy niewielki dworek. Od teraz cała nasza trasa do Zagórowa będzie wiodła praktycznie nad Wartą. Tereny bardzo malownicze, dużo starorzeczy. Raj dla zwierząt. Tu i ówdzie odzywają się kukułki, żaby moczarowe, drogę przelatuje nam bażancica. 

Przed Zagórowem trafiamy do Kopojna. Tu ostatnie dni ciekawego dworskiego założenia. Dwór z kolumnami w stylu polskim i po bokach dwie okazałe oficyny. Wygląda na to, że uratować da się tylko jedną z oficyn...

Zagórów urokliwy. Rynek typowy dla miasteczek tej części zaboru rosyjskiego. Bardzo przestronny, z małymi domami. Przypomina się Chocz, Pyzdry czy Rychwał. Dużo starych, ładnych domów, do tego ciekawy kościół - spod grubej warstwy baroku przeziera gotyk. W synagodze z typowymi grubymi przyporami dziś jest piekarnia. 

Po drodze do lądu przez pewien czas mamy z prawej strony Wartę i odnajdujemy miejsca, w których byliśmy rok temu. W Słupcy starcza czasu na zjedzenie kawałka placka od cioci Joli na rynku. I wracamy.

Podróż pociągiem męcząca. Dwóch chłopaków koło nas prowadzi rozmowę najeżoną bzdurami antysemickimi, antyukraińskimi, antyszczepionkowymi i innymi spiskowymi. Stężenie absurdu robi się żrące jak woda królewska.

W Poznaniu obiadek w Południu - Laksa z krewetkami, i pieczone młode warzywa.

piątek, 26 kwietnia 2024

26.04.2024 Filharmonia Poznańska, Hubarenko, Gounod, Sarasate, Saint-Saens

Jeden z lepszych koncertów, na jakich byłem w Auli UAM. Popisowo zwłaszcza w Melodiach cygańskich. Cóż ten Herman wyczyniał! Do tego wspaniałe porozumienie z orkiestrą i oczywiście dyrygentem, który swój kunszt potwierdził w symfonii organowej CSS. 

Owację na stojąco pan Shemet wykorzystał - pod publiczkę "ściaśniali".

26 kwietnia 2024 (Piątek)

godz. 19, Aula Uniwersytecka

MELODIE CYGAŃSKIE I ORGANY

Program:

  • Witalij Hubarenko
    I Symfonia kameralna na skrzypce i orkiestrę op. 14
  • Charles Gounod
    Muzyka baletowa z opery
    Faust
  • Pablo Sarasate
    Melodie cygańskie op. 20
  • Camille Saint-Saëns
    III Symfonia c-moll op. 78
    Organowa

niedziela, 21 kwietnia 2024

20.04.2024 Leonora Carrington, Trąbka do słuchania

Bardzo sprawnie napisana powieść łotrzykowska, o tyle niezwykła, że zaczyna się w XX wieku. Szkatułkowa konstrukcja przenosi nas - jak przystało na powieść łotrzykowską - do XVIII-wiecznej Hiszpanii. Awanturnicza fabuła kręci się wokół św. Graala i jakichś ezoterycznych wierzeń (Królowa Pszczół). Miło się to czyta, błahe to co prawda, ale mnie zawsze ujmuje proza, której główni bohaterowie to starzy ludzie. A tu mamy całą brygadę staruszek z dziwacznego domu opieki. Jeszcze bardziej lubię, kiedy takie staruszki są sprawcze (a tu wszak przejmują kontrolę nad światem). 

Oceniłem na 5

19-21 kwietnia 2024 Gdańsk - Kartuzy - Król Roger

Przyjazd w piątek wieczorem. Czasu starczyło tylko, żebyśmy wyskoczyli na Wajdeloty. Nasz pub podupadł. Kilka knajp się pozamykało. Szkoda. Dwa piwa, w tym jedno o kolorze soku grapefruitowego. Lekki szum w głowie.

Kartuzy

W sobotę pociągiem do Kartuz. Urokliwa trasa przez kaszubskie pagóry i lasy. W Kartuzach zimno. Tak jak mówił Michał, zwiedzania tam jest na godzinkę - dwie. Okolice kartuzji całkiem urokliwe, ale w zasadzie poza kościołem nic się nie zwiedza. Kościół zwiedzamy w przerwie pomiędzy spotkaniami dla dzieci komunijnych. Ksiądz święcił gromnice i przygotowywał bąbelki do majowego wydarzenia. Kościół mniejszy niż moje wyobrażenia o nim. Raczej skromny. Interesujące było gotyckie retabulum w bocznej kaplicy. W mieście sympatyczna kawiarnia w potworkowej kamienicy z XXI w. Nie ma co przedłużać, wracamy do Wrzeszcza.

Wrzeszcz

Namawiam Bogusia, żeby wysiąść na stacji Gdańsk Niedźwiednik i spacerkiem dojść na Wrzeszcz. Na Srebrzysku wchodzimy w lasy i przedostajemy się na Wrzeszcz. Przeurocze wille na ul. Podleśnej i wielkie szkolne gmaszysko. Znowu lasy, ponownie schodzimy na Wrzeszcz ulicą Matki Polki. Znów piękne wille. Do ramenowni, w której planowaliśmy coś zjeść, jest przeogromna kolejka, więc kierujemy się znów na Wajdeloty. W lokalu po dawnym barze jest teraz Stacja Wrzeszcz, miła restauracja z miłym panem kelnerem. Rosół z kołdunami (wywar kiepski, kołduny niezłe), a na drugie de volaille z fasoli (wegan). Dobrze zrobiony. Ze środka wyleciało masło! Ryż basmati i pyszna surówka z pora i marchwi. Dobrze znać tę miejscówkę. Boguś chciał do weganowni "Seitan", ale tam przyjmowali tylko gotówkę. Po obiedzie chwila drzemki i czas na operę.  

Król Roger

Niezbyt wiele mi zostanie z tej wizyty w teatrze. Owszem, solidna, nawet wizualnie ładna inscenizacja. Można by pomyśleć chyba, jak ożywić nieco posągowe postaci. Muzycznie ciut gorzej. Ani orkiestra nie powalała na kolana, ani chór. Soliści bardzo różni. Zdecydowanie najlepszy Mariusz Godlewski jako Roger, błysnął też Szymon Kobyliński jako Archereios. Anna Fabrello przeciętna, mniej więcej na jej poziomie Andrzej Lampert jako Pasterz. Raczej rozczarowujący Edrisi - Witalij Wydra. Po operze podjechaliśmy do Głównego Miasta. Chcieliśmy iść do Pomelo, ale było pełne. Przypomniałem sobie, że na Długiej była niezła pizzeria. I to był dobry wybór. Niesamowite, ciągliwe ciasto. Wybrałem bardzo prostą pizzę z dwoma składnikami - pecorino i pastą truflową. Poza spacerem po górnym Wrzeszczu było to najlepsze doświadczenie w tym dniu. Spacer przez zimną starówkę. Nad Motławą jakieś roboty na nabrzeżu, przez Stare Miasto, plac Stoczni docieramy do Bramy Oliwskiej i wracamy tramwajem do hotelu na Uphagena.

Niedziela

Najpierw tramwajem na Brzeźno, kawałek brzegiem morza do mola w Jelitkowie. Bogusiowi woda nalała się do buta, więc uciekł na promenadę. A ja zbieram muszelki i wdycham morskie powietrze. Tramwajem z Jelitkowa wracamy do Wrzeszcza. Zwiedzamy Politechnikę. Imponująca! Kręcimy się po Górnym Wrzeszczu, odnajdujemy synagogę z 1927 r. Obok jest kawiarnia, ale pełna. Całe szczęście nieopodal następna i też bardzo miła. Pani właśnie wyjęła drożdżowe szneki z pastą pistacjową. Przeczytałem: raus, potem zrozumiałem: rous, a Boguś mi wyjaśnił, że to był rolls. Wpada jakaś egzaltowana pani i mówi: cały Wrzeszcz już wie, że macie świeże drożdżówki z pistacją! Dobrą herbatę tam mieli. Można wrócić. Znów trochę kręcenia się po Wrzeszczu i mały obiad w naszym ulubionym Avocado na Wajdeloty. Nic się nie zmienili i jedzenie nadal dobre. Prosto z obiadu do pociągu.

środa, 17 kwietnia 2024

2024-04-16 Philip Larkin, Zimowe Królestwo

Jest w życiu społeczeństw i pojedynczych ludzi czas, który oddziela grubą kreską przeszłość i nie pozwala zajrzeć w przyszłość. To czas rozmaitych kataklizmów, wielkich przemian, także jednostkowych tragedii. W takim właśnie czasie niepewności, momencie, w którym istnieje tylko teraźniejszość, umieszcza Larkin swoich bohaterów. To czas II wojny światowej. Dawne plany życiowe stają się nieaktualne, nie ma też sensu planować przyszłości. Życie przypomina dryfowanie lub próbę wspinaczki po idealnie gładkiej ścianie.
Bohaterowie "Zimowego królestwa" odnajdują jednak w przeszłości punkt, który może stać się jakimś występem skalnym, na którym można się oprzeć w owej wspinaczce. Tym punktem jest dla Katherine i Robina wspomnienie wspólnie spędzonego lata. Innych rzeczy wspominać nie mogą. Cofanie się w przeszłość dla niej może być zbyt bolesne. Nie dowiadujemy się tego wprost, ale czytamy między wierszami, że wojna mocno ją doświadczyła. Być może inne wspomnienia musiałyby wiązać się z bliskimi, których już nie ma. Kim jest Katherine? Żydówką, która znalazła azyl w Anglii? Jest jedno tajemnicze miejsce w tej narracji, które podaje taki trop. Mam tu na myśli rzuconą mimochodem stereotypową wypowiedź Robina o Żydach.
Robin odcina przeszłość, bo musiałby patrzeć, jak jego plany - a jest bardzo poukładaną osobą - rozpadają się jak domek z kart.
Czy mogą patrzeć w przyszłość? On wyjeżdża zaraz na front. Ona nie jest pewna jutra. Sytuacja w pracy układa się niepomyślnie.
Oboje młodzi, choć już świadomi, że właściwie nie możemy być w życiu tym kim chcemy.
Powieść Larkina jest poruszającym obrazkiem obyczajowym z czasów wojny uzupełnionym realistyczną, wnikliwą i jednocześnie bardzo poetycką obserwacją narratora.
Konstrukcja powieści w pomysłowy sposób oddaje również rozkład dnia głównej bohaterki. Jej dzień pracy w bibliotece przedzielony jest przerwą. W powieści zaś, złożonej z trzech części, możemy uznać środkowy ustęp, poświęcony w całości wspomnieniu wakacji sprzed 6 lat, za coś w rodzaju przerwy na wytchnienie. Dwie skrajne części powieści opisują bowiem mozół pracy i codziennych wydarzeń w życiu Katherine.
Co będzie dalej, tego się nie dowiemy. Królestwo pogrążyło się w zimie. Nie widać na razie i nie czuć cieplejszych promieni.
Warto przeczytać tę książkę i mieć na uwadze, że nasze poukładane życie też może kiedyś się rozlecieć, a plany przestaną być aktualne.
Książkę przełożył Jacek Dehnel w sposób rozczarowujący. Uwspółcześnienia, kolokwializmy, frazy stylistycznie niezgrabne. Nie znam oryginału, ale sądzę, że język lat czterdziestych nie powinien tak brzmieć. Dobrze, że nie uleciał tu specyficzny klimat prozy Larkina przywodzący niekiedy na myśl twórczość Viginii Woolf.

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...