czwartek, 20 marca 2025

Lauren Groff, Wyspa kobiet

Marie de France żyła naprawdę. O jej życiu wiadomo niewiele. Takie sytuacje otwierają pole do popisu pisarzom. Lauren Groff popuszcza wodze fantazji i tworzy całkiem solidną opowieść o mniszce, która buduje gdzieś w Anglii swoistą kobiecą utopię. Gatunkowo umiejscowić trzeba by tę książkę na granicy powieści historycznej i literatury fantasy, aczkolwiek na stronę fantastyki Groff czyni jedynie wycieczki. Elementami fantasy są dla mnie poza religijnymi wizjami Marie wątki związane z budową labiryntu i stworzeniem odizolowanej niemal od świata wspólnoty. Nie wydaje się, by wymknięcie się tak dużej grupy kobiet spod kościelnej jurysdykcji było możliwe w średniowieczu. 

Pomimo kilku ahistorycznych pomyłek trzeba tę książkę ocenić jako solidną pisarską robotę, a i świat budowany przez Marie w jej klasztorze wydaje się niekiedy miejscem całkiem przyjemnym, choć na pewno nie wyidealizowanym, tak jak zdecydowanie nieidealna jest główna bohaterka książki.

wtorek, 11 marca 2025

Sebastian Barry, Dni bez końca

Ach, jak ten Barry zwodzi czytelnika! Narratorem jest Thomas McNaulty, który opowiada swoje przygody z czasów eksterminacji Indian oraz wojny secesyjnej. Mówi też o swojej miłości do Johna Cole'a i mówi tak, że niemal do końca książki wydaje nam się, że ten Cole w momencie opowiadania nie żyje. Pod koniec czytelnik ma pewność, że to jednak McNaulty żegna się z tym światem. Cóż, do ostatnich kart powieści nie można być niczego pewnym. 

Książka niebanalna, miejscami błyskotliwa. Opowiada bez ogródek o wojnach i zbrodniach. A jednak za głównych bohaterów Barry obiera właśnie białych Amerykanów (sam McNaulty jest imigrantem z Irlandii), którzy w owych masakrach biorą czynny udział. Tak było, cóż mogli zrobić szeregowcy, którzy z biedy zaciągnęli się do wojska? Mimo wszystko trudno odmówić sympatii Thomasowi i Johnowi, którzy w swym niełatwym położeniu zachowują człowieczeństwo, ratują indiańskie dziecko i są gotowi oddać za nie życie.

Jest to też romans, ale szorstki, żołnierski, bez romantycznych, cukierkowych westchnień, uwodzenia, miłosnych podchodów uwieńczonych tęczową kulminacją pierwszego pocałunku. McNaulty zdania w stylu: "Potem ruchaliśmy się cichutko, a później usnęliśmy" przemyca mimochodem pomiędzy kolejnymi opowieściami o wyczynach wojskowych.

Mogą nieco nużyć rozwlekłe i stanowiące trzon tej powieści batalistyczne, drobiazgowe opisy. Ale przecież dla weterana takie szczegóły to wątek i osnowa jego pamięci. Nie sposób też podjąć temat grozy wojennej bez zagłębienia się w ponure szczegóły. Dobrze jednak, że powieść i jej narrator tchną optymizmem. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej, kiedy autor dedykuje książką swojemu synowi.

niedziela, 9 marca 2025

William Faulkner, Światłość w sierpniu

Mówi się, że to jedyny modernistyczny powieściopisarz amerykański. Tak czy owak, wydaje się, że amerykańscy pisarzy, którzy później lepiej lub gorzej opisywali tzw. Południe czerpali z Faulknera właśnie.

Tematem jest zabójstwo i podpalenie, którego w Jefferson Missouri dokonuje niejaki Joe Christmas. Jak do niego dochodzi i co potem się dzieje, dowiadujemy się z narracji, która nie zachowując chronologii śledzi historie kilku różnych osób. 

Czytam właśnie inną powieść, w której autor nazywa Jefferson sielankowym miejscem. Na pewno nie jest ono takie w powieści Faulknera, a już na pewno sielanki nie doświadczają jego czarni mieszkańcy. Biali, zaangażowani w abolicjonizm też nie mają lekko (można ich znaleźć zmaltretowanych z wyrżniętym na skórze znakiem KKK. 

Solidna robota, ponury temat i nawet radosne wydarzenie, które kończy książkę (Lena Grove rodzi dziecko) nie jest w stanie rozświetlić tego ciemnego obrazu. Dobrze jest znać Amerykę z książek Faulknera, żeby nie kierować się romantyczną  wizją rodem z Hollywood.

niedziela, 2 marca 2025

Berlin

Niełatwo o skupienie w stresie (zmiany w pracy doprawione ogólnym niepokojem z sytuacji międzynarodowej - Trump besztający Zełenskiego na oczach całego świata). Ciężko się czyta, zwiedza, słucha i ogląda.

Berlin zimny, betonowy, szary. Szukam jak zawsze schronienia na berlińskich cmentarzach (grób Lortzinga i któregoś z Bachów) i choć kwitną tu już przebiśniegi i śnieżyce, to jakoś nie widzę w nich wiosny.  

Tego Lortzinga widzieliśmy też w Konzerthausie, w którym ma swoje popiersie wśród kompozytorów znacznie przewyższających go osiągnięciami i sławą. 

 -------------------------------------------------

Benjamin Britten

„Four Sea Interludes“ aus der Oper „Peter Grimes“ op. 33 a

Maurice Ravel

„Shéhérazade“ – Drei Poeme für Sopran und Orchester
Texte von Tristan Klingsor

Nikolai Rimski-Korsakow

„Scheherazade“ – Sinfonische Suite op. 35

Vasily Petrenko

Dirigent

Véronique Gens

Mezzosopran

Rundfunk-Sinfonieorchester Berlin

 ----------------------------------------------------------

Sala o znakomitej akustyce. Petrenko tańczący za pulpitem przygotował koncert najwyższej muzycznej próby, precyzyjny i piękny. Britten i Rimski-Korsakow robią duże wrażenie, Szeherezada Ravela wydaje się przy nich mdła i wtórna. Mówił we wprowadzeniu Steffen Georgi, że Francuz inspirował się utworem Rosjanina, szkoda, że ta inspiracja była jednak mało twórcza. No i jechałem przede wszystkim posłuchać na żywo Veronique Gens. Trochę żal, że miała tak mało do śpiewania. Zaprezentowała wszakże znakomitą kontrolę dynamiki (nie mówiąc o pięknym jak zawsze brzmieniu). Sztuką jest zachować wyrazistość przy tak oszczędnym wolumenie. Pomimo dość żywiołowych braw nie dała się namówić na bis. Trudno jednak wyobrazić sobie, co mogłaby zaśpiewać, by pozostać w klimacie całego, starannie pod względem programowym przygotowanego koncertu.

_______________________________________

Kosmos Blauer Reiter
Von Kandinsky bis Campendonk

01.03.2025 bis 15.06.2025
Kupferstichkabinett

Oglądamy dziś te grafiki przygotowani na obcowanie ze sztuką tak dalece odbiegającą od realizmu. Kandinsky, zdaje się, zakładając grupę Der Blaue Reiter zadeklarował zainteresowanie światem zwierzęcym, jego pierwotnością, niewinnością i oddaleniem od człowieka, który przestał już być częścią natury. Owo oddalenie twórcy zamanifestowali właśnie ekspresjonistycznym podejściem, zrywającym z wiernością naturze. Twórca XX wieku nie jest już w stanie opowiedzieć konia, jelenia, tygrysa językiem dawnych mistrzów. 

Wystawa jest wymagająca, przyprawia o zawrót głowy. Dwie grafiki utkwią mi w pamięci. Kobieca głowa Alexeja von Jawlensky'ego i Węże w mieście Alfreda Kubina, którego dotąd znałem tylko jako pisarza.

Poza nimi na wystawie można było zobaczyć prace wspomnianego Kandinsky'ego, Kokoschki, Lasker-Schuller, Noldego i in.

1920 Lithography - Head of a Girl - by Alexej von Jawlensky 



Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...