środa, 28 sierpnia 2024

Julian Barnes, Arthur & George

Wielka Brytania miała swoją sprawę Dreyfusa. George Edalji, Angielski prawnik o parsyjskich korzeniach, trafia do więzienia po pełnym błędów procesie. Działania policji, sądu i najwyższych władz opierały się w tej sprawie na rasowych uprzedzeniach i stereotypach. Dreyfusa wziął w obronę Zola, w sprawę Edaljiego zaangażował się inny gigant literatury - Arthur Conan-Doyle. 

Sprawa uwięzienia, a potem rehabilitacji Edaljiego nie jest jednak jedynym tematem powieści Barnesa. Pisarz rozszerza opowieść o liczne wątki z życia sir Arthura. W mojej ocenie ze szkodą dla książki. Wątki spirytystyczne nie mające związku ze sprawą sądowej pomyłki czy sercowe rozterki twórcy Sherlocka Holmesa rozwlekają narrację i mogą czytelnika znudzić.

Straszny dwór, Chopin i jego Europa

 20. Chopin and his Europe International Music Festival 

SUNDAY 25.08, 7.00 PM Teatr Wielki – Polish National Opera, Moniuszko Auditorium Opera in Concert Performers: 

KAREN GARDEAZABAL soprano (Hanna) 

AGATA SCHMIDT mezzo-soprano (Jadwiga) 

AGNIESZKA REHLIS mezzo-soprano (Chamberlain’s wife, Old woman) 

PETR NEKORANEC tenor (Stefan) 

ARTUR RUCIŃSKI baritone (Sword-bearer) 

PAWEŁ KONIK baritone (Zbigniew) 

MARIUSZ GODLEWSKI baritone (Maciej) 

RAFAŁ SIWEK bass (Skołuba) 

KRYSTIAN ADAM tenor (Damazy) 

ZUZANNA NALEWAJEK mezzo-soprano (Marta) 

PAWEŁ CICHOŃSKI tenor (Grześ) 

PODLASIE OPERA AND PHILHARMONIC CHOIR VIOLETTA BIELECKA choir director EUROPA GALANTE FABIO BIONDI conductor

Mówił w wywiadzie dla Róży Światczyńskiej Fabio Biondi, że Straszny Dwór gra się za szybko. Że lepiej dla tej muzyki, jeśli zwolnić tempa. I tak zagrał, dostarczając bardzo przejrzystą, klarowną muzykę. Choć - gwoli sprawiedliwości - nie widzę tu wielkich różnic tempowych w porównaniu do mojego ulubionego nagrania Jana Krenza. 

Chciałoby się, żeby udało się w końcu komuś zebrać tak równy zespół, jaki miał Krenz na przełomie lat 70 i 80. W najnowszym wykonaniu Biondiego niektórzy błyszczą, a inni zawodzą.

Cudowne kreacje tworzą Agata Schmidt (Jadwiga) i Paweł Konik (Zbigniew), oboje liryczni, z kantyleną jak płynny miód, dobrze eksponującą piękno brzmienia tych głosów. Agnieszka Rehlis to pierwsza od lat godna wszelkich pochwał Cześnikowa (z ostatnich pamiętanych: nie przekonała mnie Toczyska, rozśmieszyła Rappe, zawiodły Walewska i Cortes). Ruciński - świetny Miecznik, choć z chrypką pod koniec. Ciekawy Godlewski w roli Macieja. Siwek i Krzeszowiak nieźli, ale tylko tyle.

Zabrakło dwóch mocnych ogniw: Hanny i Stefana. O ile wokalnie Petr Nekoranec pomimo nieco za małego głosu byłby akceptowalny, to niestety jego kreację w moich uszach zniweczyło kaleczenie tekstu i dykcja (po części obcokrajowców można rozgrzeszyć, ale są granice). Karen Gardeazabal zaś nie dysponuje głosem, który pozwala wykonywać partię Hanny. Tak przyciężkawych koloratur w tej roli nie słyszałem chyba nigdy. Barwa głosu też daleka od ideału piękna. Zdziwiły mnie niesłychanie frenetyczne owacje po arii "Któraż to która". Ale ta sama publiczność przerwała w środku oklaskami arię z kurantem...

piątek, 23 sierpnia 2024

Stefan Żeromski, Ludzie bezdomni

Trudno tę książkę oceniać patrząc z perspektywy olbrzymiego postępu społecznego, jaki się dokonał od schyłku XIX w. Wobec potrzeby wystąpienia na kartach powieści z wołaniem o walkę z biedą, zapewnienie warstwom najniższym odpowiednich warunków sanitarnych, opieki medycznej czy edukacji na dalszy plan zeszły sprawy takie jak kompozycja czy piękno opowieści. Może to być dla Żeromskiego usprawiedliwienie, ale nie musi. Można przecież wymienić przykłady harmonijnego połączenia zaangażowania społecznego z walorami literackimi. Zdecydowanie lepiej wychodziło to - ograniczając się tylko do polskiego podwórka - Reymontowi. 

"Ludzie bezdomni" to powieść zabałaganiona. Panoramiczny przekrój przez różnego rodzaju środowiska od  biedoty miejskiej (Warszawa), przez wiejską (Cisy), skończywszy na wielkoprzemysłowej (Sosnowiec) sprawia wrażenie rdzenia, do którego starano się dolepić fabularne wątki związane z postacią doktora Judyma i całą masę wątków pobocznych, których postaci pojawiają się i znikają bez większego związku z głównym tokiem narracji. 

Owszem, obecność Wiktora Judyma (brata doktora) i jego żony pozwala wprowadzić wątek migracji zarobkowej, ale w połowie książki autor porzuca ich losy i nigdy do nich nie wraca. Równie niedbale przyfastrygowane są do tej fabuły pamiętniki Joasi, opisujące walkę młodego pokolenia z trudami edukacji i wchodzenie w życie w sytuacji "biednego studenta". Joasia sypie imionami, nazwiskami, sytuacjami, które pojawiają się w tej powieści i znikają jak komety. 

Ten chaotycznie poskładany szkielet wypełnia Żeromski czymś, co w literaturze polskiej trudne jest do zniesienia. Są to owe przepoetyzowane, quasi symboliczne opisy, nachalnie stosowana antropomorfizacja przyrody czy maszyn w fabryce. Milion razy bardziej wolę rzeczowe i wcale nienudne opisy Orzeszkowej. 

Wreszcie wątpliwe wydaje się sławetne zakończenie. O ile zrozumiała i psychologicznie wcale wiarygodnie nakreślona jest postawa Judyma walczącego o poprawę bytu biedoty i jego poczucie konieczności spłacenia społecznego "długu", który zaciągnął sam będąc dzieckiem proletariatu, o tyle trudne do zrozumienia jest wyrzeczenie się szczęścia osobistego i odtrącenie osoby, która była gotowa do towarzyszenia doktorowi w jego ścieżce życiowej i jego zamiarach. To masochizm społeczny i postawa, której zapewne dziś nie dałoby się w żaden sposób obronić.

wtorek, 20 sierpnia 2024

Olga Tokarczuk, Księgi Jakubowe

Imponujących rozmiarów, ale nie mogło być inaczej przy tak panoramicznym ujęciu całej epoki od czasów saskich po wojny napoleońskie.
Frank wyłania się niejako z naddniestrzańskich mgieł. Na początku na pierwszym planie są inni: Kossakowska, x. Chmielowski, Nachman z Buska, Elisza Szor, Elżbieta Drużbacka. Rzekomy mesjasz znany nam z opowieści innych, wyraźnieje powoli i dopiero pod koniec opowieści staje się jakby namacalny. Opada tajemnica, zostaje człowiek i jego wady. Poznajemy dość jednak okropne indywiduum i zastanawiamy się, czym pociągnął za sobą tak licznych wyznawców. Nie mogąc w nakreślonej przez Tokarczuk sylwetce Franka znaleźć cech, które skłaniałyby wiernych do podążenia za nim, szukamy odpowiedzi w przemożnym pragnieniu poprawy świata przez obiecanego mesjasza, tak mocno nasilonym w owym miejscu i czasie. Wszak południowo-wschodnie kresy Rzplitej Obojga Narodów wydały nie tylko Jakuba, ale także Sabataja Cwi i Beszta.
Żywot niesłychanie ciekawy i wart opowiedzenia, a jednak moją uwagę przykuwają bardziej poboczni aktorzy tego theatrum.
Chciałoby się, żeby Tokarczuk napisała powieść o Drużbackiej, nie o Franku. Chciałoby się poznać lepiej losy lekarza Aschera i jego żony Gitli.
Robi wrażenie ogrom studiów, które dla potrzeb książki musiała podjąć autorka. Kto przeczytał Księgi Jakubowe, może mieć niejakie pojęcie o schyłku Rzeczypospolitej bez zaglądania do literatury historycznej. Jest to również piękny obrazek tygla w którym mieszały się narodowości, religie i ich rozmaite denominacje. Są zapachy przypraw, jest wszechobecne polskie błoto, są teologiczne niuanse judaizmu, chrześcijaństwa i islamu.


Wynotowane cytaty

Otóż żeby stworzyć świat, Bóg musiał się cofnąć sam z siebie, pozostawić w swym ciele pustkę, która stała się przestrzenią dla świata. Z tej przestrzeni Bóg zniknął. Słowo "znikać" pochodzi od rdzenia "elem", a miejsce zniknięcia nazywa się "olam" - świat. Więc nawet w nazwie świata mieści się historia zniknięcia Boga. Świat mógł powstać tylko dlatego, że Bóg go opuścił. Najpierw było coś, a potem tego zabrakło. To jest świat. Świat cały jest brakiem. [s. 811]

Są rzeczy zewnętrzne i wewnętrzne. Zewnętrzne to pozór i my żyjemy w rzeczach zewnętrznych, w pozorze, jak ludzie we śnie, i prawa tego pozoru musimy brać za prawdziwe, choć one takie nie są. Kiedy się żyje w miejscu i czasie, w którym obowiązują jakieś prawa, to trzeba tych praw przestrzegać, ale nigdy nie zapominać, że to są tylko porządki względne. Bo prawda jest inna i jeśli kto nie jest przygotowany, żeby ją poznać, może mu się wydać przerażająca i straszna, i będzie przeklinał dzień, kiedy się jej dowiedział. [s. 541]


I w jakimś sensie życie jest taką ciągłą utratą. To, że coś zdobywamy, że stajemy się bogatsi, to największe złudzenie. W rzeczywistości najbogatsi jesteśmy w momencie swego urodzenia, potem już tylko tracimy. [ss. 291-290]


Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...