czwartek, 30 stycznia 2025

Grzegorz Gauden, Polska sprawa Dreyfusa

Niewinnie oskarżony student, niewiarygodni świadkowie, matactwa organów ścigania, które za wszelką cenę dążyli do udowodnienia tezy: Żydzi chcieli zabić prezydenta. Dlaczego polska sprawa Dreyfusa mogła w ogóle mieć miejsce? Po pierwsze, z powodu potężnego wszechobecnego w przedwojennej Polsce antysemityzmu (dzisiejszy antysemityzm to tzw. małe miki). Po drugie, z powodu działań lwowskiej policji, kierującej śledztwo na fałszywe tory, po to by ukryć swoje liczne zaniedbania, które doprowadziły do zamachu na prezydenta Wojciechowskiego. Po trzecie, z powodu przestarzałego jeszcze prawa procesowego (pierwsza kodyfikacja w niepodległej Polsce miała wszak miejsce w 1928 roku). Niektóre ówczesne rozwiązania wydają się wprost przerażające w porównaniu z dzisiejszymi standardami. W procesie doraźnym, który mógł trwać nie dłużej niż 3 dni i musiał zakończyć się uniewinnieniem, przekazaniem sprawy do rozpatrzenia przez sąd z ławą przysięgłych lub karą śmierci (innych kar nie przewidziano), obrońcy nie mieli dostępu do akt sprawy w czasie postępowania przygotowawczego. Materiał dowodowy poznawali w zasadzie dopiero na sali sądowej, nie mieli też kontaktu z klientem przed rozprawą. A w sprawie Steigera (polskiego Dreyfusa) opinia publiczna wydała już wyrok przed procesem. Nie można się więc dziwić, że odesłanie sprawy do sądu przysięgłych Gauden określa mianem cudu. 

Zarówno w procesie doraźnym, jak i tym drugim uderza nierówność stron. Sąd dowolnie oddala pytania obrońców, wymierza im kary, nie ma też pewności, czy protokolanci dobrze notują zeznania. W drugim procesie zapada wyrok uniewinniający, bo ujawniona dzięki pracy adwokatów skala kompromitacji prokuratury i policji była tak wielka, że nie dało się chyba zasądzić inaczej. Cóż z tego, Steiger po uniewinnieniu musiał wyprowadzić się ze Lwowa, bo w tym mieście nie miał już przyszłości.

Reportaż sądowy wstrząsający, bo nawet na czytelniku dość z historią polskiego antysemityzmu obeznanym, wciąż robią wrażenie takie dyktowane nienawiścią rasową rzeczy jak negacja faktów, zdrowego rozsądku oraz elementarny brak wrażliwości. Doprowadza to do ponurej refleksji, że późniejsze rządy sanacji mimo wszystko tamowały w pewien sposób nastroje Polaków okresu międzywojnia. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby rządziła endecja... Smuci również to, że pewne mechanizmy trwają. Prasa wówczas i dziś nie kieruje się rzetelnością przekazu, tylko jego ideologiczną spójnością. Trudno się oprzeć wrażeniu, że to przede wszystkim przywara prasy prawicowej.

Książka Gaudena, oparta w dużej mierze na protokołach sądowych trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Zastanowić się należy, czy analogia ze sprawą Dreyfusa jest pełna. Wydaje się, że proces Steigera nie odbił się w Polsce aż tak szerokim echem. Nie było wszak w tej sprawie (lub nie pisze o tym autor) postaci takiej jak Zola (czy Conan Doyle w brytyjskim odpowiedniku - sprawie George'a Edaljiego), która potrafiłaby przemówić do sumień części rodaków. Któż jednak miał to zrobić? Dwaj najwięksi tamtego czasu - Żeromski i Reymont - stali nad grobem. Dodatkowo autora "Przedwiośnia" wielu badaczy oskarża o antysemityzm. Szczęściem, nawet bez takiego wsparcia, polska sprawa Dreyfusa zakończyła się dobrze dla oskarżonego.

poniedziałek, 13 stycznia 2025

Weronika Kostyrko, Róża Luksemburg. Domem moim jest cały świat, Warszawa 2024 [wyd. Marginesy]

Po lekturze byłem bardzo smutny. Ze spacerów po Berlinie znałem wprawdzie miejsce nad Landwehrkanal, gdzie na nabrzeżu umieszczono spiżowe litery ROSA LUXEMBURG. Tu wrzucono ciało zamordowanej do wody. Poza tym oraz wiadomościami z lekcji historii nie wiedziałem o niej nic więcej. 

Weronika Kostyrko opowiada o Róży Luksemburg snując dwa główne wątki: prywatnego życia swojej bohaterki oraz wielkiej historii ze szczególną uwagą skupiając się na ważnych rewolucyjnych momentach (rewolucji 1905, rewolucji w Rosji i wreszcie rewolucji w Niemczech). Trzeci - bardziej eksponowany pod koniec książki - to poglądy i pisarstwo Luksemburg. Bliżej poznajemy jej polemikę z Marksem na temat akumulacji kapitału, krytykę kolonializmu, pacyfizm, krytykę Lenina i jego sposobu rozumienia dyktatury proletariatu. Przywódca bolszewików wyznawał kierowniczą rolę partii i jej elit. Róża hasło "cała władza w ręce rad" rozumiała zaś dosłownie, stojąc na pozycjach radykalnie rewolucyjnych i jednocześnie demokratycznych. Jej wizja - humanistyczna, antyprzemocowa była jednocześnie utopijna. 

Poglądy ustawiały Różę niemal zawsze na marginesie, mimo to niestrudzenie i niezłomnie walczyła o swoje ideały. Krucha i słabego zdrowia, okazywała wielki hart ducha w wielu sytuacjach. Wielokrotnie więziona, w życiu politycznym zdominowanym przez mężczyzn dochodząca do głosu i broniąca swoich racji. Prywatnie ofiara - powiedzielibyśmy dziś - stalkingu. Wielka miłośniczka przyrody, potrafiąca zachwycić się źdźbłem trawy albo świergotem sikorki. 

Najwięcej wrogów narobiła sobie w latach I wojny światowej głosząc radykalnie pacyfistyczne hasła. Rozbrat wzięła wtedy nawet z socjalistami z SPD, którzy poparli finansowanie niemieckich zbrojeń. 

Wyprzedzała swoje czasy. Ten kwiat nie mógł kwitnąć w ogarniętej wojennym i nacjonalistycznym szałem Europie.

wtorek, 7 stycznia 2025

Crossing

Osoby transpłciowe stanowią, jak można przeczytać po pobieżnym researchu w internecie, około 1proc. społeczeństwa. Ich doświadczenie i odczucia są zapewne trudne do zrozumienia przez cispłciową większość. Film Levana Akina próbuje zbliżyć widzów do tej mniejszości w ciekawy sposób. W centrum historii nie stoi bowiem ani Tekla, ani Evrim (transpłciowe kobiety), tylko Lia, emerytowana nauczycielka z Gruzji, która rusza do Stambułu, by odnaleźć wyrzuconą przed laty z domu transpłciową siostrzenicę (Teklę). Przed podróżą, która stanowi fabułę filmu, Lia musiała przebyć drogę wewnętrzną. Spotykamy ją bowiem w momencie akceptacji wyboru nieobecnej Tekli. Lia nikogo nie ocenia, chce po prostu odnaleźć krewną. Nie możemy jej również nazwać sojuszniczką LGBT. To co się liczy, to więzy rodzinne i świadomość, że zawiodło się bliską osobę. Pod koniec filmu Lia zdobywa się wszak na wyznanie, które znamy z innych obrazów poruszających tematykę tolerancji - żal, że lęk przed opinią otoczenia przeważył nad uczuciami do członka rodziny. 

Tę wzruszającą historię znakomicie zagraną przez Mzię Arabuli (Lia) i Deniz Dumanli (Evrim) dopełniają piękne ujęcia tętniącego życiem Stambułu. Sekwencja na promie zmierzającym w stronę Złotego Rogu, w której kamera przemierza zakamarki pod pokładem, by wreszcie wydostać się na pokład jest niemal hipnotyczna. Plus klękajcie narody przed dzieciakiem, który gra na czymś podobnym do gitary i śpiewa na promie, a potem do kotleta gdzieś przy knajpianych ogródkach. Piękne!

Piramida zwierząt, reż. M. Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie,

Oto prawdziwa sztuka - opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach lat dziewięćdziesiątych w dziedzinie sztuk plastycznych bez pokazywania ty...